Slovakia Divide Gravel Edition 2025

Slovakia Divide Gravel Edition - cóż to był za dziwny start. Impreza bardzo kameralna (nie myślałam, że będzie aż tak kameralna), trasa trudna i górzysta (nie myślałam, że będzie aż tak górzysta) i moje nastawienie jakieś takie bez ekscytacji (nie myślałam, że będzie aż tak bez ekscytacji). Skąd więc w ogóle się wziął? A no stąd, że raz w roku chcę pojechać coś za granicą, a że nie chciało mi się znowu bawić w samoloty i wysokie opłaty startowe, padło na Słowację - przecież to blisko.

Przy odbiorze pakietu pojawiły się pierwsze wątpliwości, bo na liście startowej zobaczyłam zaledwie 31 osób na trasie gravelowej i drugie tyle na MTB. Niby co z tego, ale jakoś mnie to zdemotywowało. Na starcie okazało się, że oprócz mnie są jeszcze 2 kobiety, więc motywacja odrobinę wzrosła. Ale nie na szybko, bo już w pierwszej godzinie wyścigu, na zjeździe, rozcinam nowiutką oponę i wszyscy mnie wyprzedzają (przynajmniej tak mi się wydawało). Wiem, że przecież to dopiero początek i teraz nie ma to żadnego znaczenia, ale poziom zmotywowania znowu spada do zera. Mało pospiesznie ratuję oponę, pompuję i toczę się dalej. Dzień wcześniej padało, więc jest mokro, a że robi się coraz cieplej, to wszystko paruje. Jest duszno, jest trudno, po 33 km mamy już 1000 metrów przewyższenia i kilka technicznych zjazdów. Wokół lasy, mało widoków, nie na to się pisałam. Nie wiem skąd taki odpływ motywacji do jazdy, ale cały dzień polegał na rozkładaniu na czynniki pierwsze dwóch problemów:

1. Czy chcę to dalej jechać?

2. Jeśli tak, to brać nocleg czy nie brać?

Odpowiedzi były zależne od sytuacji i tego, czy akurat wiatr wiał w plecy czy w twarz, albo czy było z górki, czy pod, ale ostatecznie, jechałam dalej. I wzięłam nocleg już na 205 km. Pierwszy raz na ultra wzięłam nocleg pierwszej nocy. Tak, trasa była znacznie trudniejsza niż myślałam, a przede mną zostało jej jeszcze prawie 3 razy tyle.

Spać nie za bardzo mi się chciało, ale samo leżenie pomagało. Zimny prysznic po całym dniu w upale też zrobił swoje i o 3 w nocy wyjechałam na jedno z najtrudniejszych 60 km tej trasy. Z dodatkową bułką w kieszonce, którą Pan z recepcji włożył mi tam niemalże siłą, gdy zobaczył, jak w środku nocy biorę rower, smaruję łańcuch i pompuję koło.

Na szczęście, ten rejon jeszcze nie był "niedźwiedzi", więc od razu puściłam audiobooka (na samotne ciemności w lasach, fantastyka najlepsza) i rozpoczęłam toczenie się do góry, wśród dziesiątek łani próbujących koniecznie przebiec jak najbliżej mnie.

Na trasie było sporo sekcji albo bardzo stromych i (na świeżo) pewnie jezdnych, albo po prostu nie jezdnych. Na obu typach klęłam pod nosem na organizatora, ale chyba za każdym razem od razu to odwoływałam, gdy po drugiej stronie odsłaniał się widok. Pierwszy widok drugiego dnia był wyjątkowy, bo widziałam go przy wschodzie słońca.

Tego drugiego dnia szło mi jakoś lepiej. Podjazdy i zjazdy były dłuższe i już nie tak strome, a na takich czuję się lepiej. Było piękniej, bardziej widokowo, a historia w słuchawkach wciągnęła mnie na tyle, że przez chwilę musiałam przypominać sobie, w jakim właściwie jestem kraju. Morale wzrosły, bo teoretycznie ciągle miałam szansę dojechać do mety w poniedziałek (co było moim założeniem), upał trwał w najlepsze, ale doskwierał tylko stopom. Na szczęście, w słowackich górach co chwila są źródełka z wodą, więc największy problem z szukaniem picia mi odszedł. Rzekłabym, że to był przyjemny dzień, z miejscem na najlepsze frytki ze smażonym serem u miłej Pani w mini wiosce oraz pizzą u innej miłej Pani. Niestety, nie zdążyłam przejechać przez Niskie Tatry przed zachodem słońca, ani znaleźć tam noclegu, więc czekało mnie trochę km w nocnym, niedźwiedzim towarzystwie. Pierwszy raz cieszyłam się, że piszczą mi hamulce, ale dodatkowo i tak śpiewałam na cały regulator Marię Peszek i Heya. Podziałało, bo nikogo nie spotkałam.

Na krótką drzemkę znalazłam sobie wiatkę przy wejściu do Słowackiego Raju, wcześniej umyłam nogi w źródełku i zaopatrzyłam bidony, więc czystymi nogami weszłam w bivy, wyciągnęłam pizzę, którą wzięłam na wynos w kieszonce (te kolarskie kieszonki mieszczą wszystko!), rozpuściłam izotonik i miałam mały piknik przy szumie rzeki.

Ze spaniem było ciężko, bo zrobiło się strasznie zimno. Z upału zrobiło się nagle 10-11 stopni, a ja nie miałam zbyt wielu ciepłych ubrań, więc trzęsłam się z zimna typowym trzęsem zmęczonego ultrasa.

Półtorej godziny później cisnęłam już pod górkę żeby jak najszybciej się rozgrzać. Oczy się zamykały, ale nie było nawet zatoczki do krótkiej drzemki na ziemi. Jedynie przepaść, skały i wyjątkowo wyraźne gwiazdy. Klimatycznie, ale strasznie mi szkoda, że przez Słowacki Raj jechałam nocą.

Ostatni poranek zastał mnie na zjeździe i był tym porankiem, dla których jeździ się ultra - wschód nad jeziorem, mgły między pagórkami i... Romowie czekający tłumnie na transport do pracy lub wpadający na stację po piwko przed nią.

Tego dnia miało być stosunkowo najmniej przewyższenia, bo tylko 3200 metrów i faktycznie, jakiś czas było albo w dół albo płasko. Część trasy prowadziła nad zbiornikiem Ružin i można było poczuć się nad nim jak nad Sanem w Bieszczadach - utwardzona droga wzdłuż wody, góra dół zakręt, góra dół zakręt. Niestety, wyjazd z gór oznaczał również Romów.

Nie wnikam, jak im się mieszka w takich warunkach i dlaczego mają aż tak dużo samochodów, ale CZY NAPRAWDĘ MUSZĄ TAK ŚMIECIĆ???? Ilość śmieci rzuconych w krzaki, na pola, w rzeki, w centrum miasteczek jest jak mini wysypiska. Akurat tego na zdjęciach nie mam, bo starałam się przemknąć niezauważona przez te wioski jak najszybciej. Co było ciężkie, bo przecież co mogą robić cyganie w poniedziałek w środku dnia jak nie chodzić po ulicach. Na domiar złego, upał zaczął przeginać (43 stopnie na garminie), a cienia zero. Nawet koszulki nie można rozpiąć, bo zaczynało się od razu trąbienie męskiej części społeczności.

Szczęśliwie, pojawiły się one - góry, ze źródełkiem, cieniem i ciszą.

I tymi wstrętnymi muchami końskimi, które bezlitośnie gryzły mnie na podjazdach. Szło mi coraz wolniej, bo odparzone stopy już mocno doskwierały, a słońce nie odpuszczało. Przed ostatnim podjazdem stanęłam na pysznej mrożonej kawce i lodach, po czym ruszyłam w stronę granicy z Węgrami, do których zawitałam po raz pierwszy. Była to tylko pięciominutowa wizyta, ale liczy się!

Dalej już tylko zjazd, małe pagórki w malowniczym rejonie Tokaj, który pachniał jak Toskania i 60 płaskich km, m.in. wałami wzdłuż rzeki Bodrog. Im bliżej była meta, tym częściej musiałam zatrzymywać się na zdejmowanie butów i stopoodpoczynek. Rzutem na taśmę dojechałam na stację, pięć minut przed zamknięciem, uzupełniłam wodę, zjadłam czipsy i ruszyłam w ostatnie pasmo gór przy granicy z Ukrainą - Vyhorlat.

Było już ciemno, więc gór nie widziałam. Widziałam jedynie błyskające się niebo z każdej strony i czułam niepokojący wiatr, na szczęście, wiał głównie w plecy. Przyspieszanie nie miało sensu, bo końcówka to dużo jazdy pod górę i w dół po drogach polnych, więc deszcz w końcu mnie złapał. Nie była to burza, ale krótka ulewa, która rozmoczyła te polne drogi, robiąc z nich budyń. Generalnie, meta była tak bliska, że było mi wszystko jedno, ale gdy nagle znalazłam się w wąwozie wyjeżdżonym przez terenówki, ze ślizgającymi się koleinami i mnóstwem dzikich róż i jeżyn pochylonych nisko od deszczu, to posypało się wiele polskich przekleństw. Rower tańczył na błocie, kolce atakowały, hamulce piszczały, zabawa przednia. Gdy po tym wszystkim, został mi do mety tylko asfaltowy podjazd, przyjęłam go z ulgą i koło 01:40 zameldowałam się na mecie w Beňatinie. Czekał tam na mnie Ales, organizator, dwóch innych uczestników, kluchy z kapustą, piwko nealko, gorący prysznic i łóżko z gotową pościelą ❤️.

Rano musiałam tylko wstać i... przebić się przez góry do Polski by w Cisnej wsiąść we Flixbusa...

Po tych kilku dniach jazdy, Słowacja pozostaje dla mnie niezmieniona: piękne góry, mili ludzie, z którymi można dogadać się polsko-słowackim językiem i wszyscy wiedzą o co chodzi, najgorsi kierowcy i brudne, cygańskie wsie.

Czy cieszę się, że nie zrezygnowałam pierwszego dnia? Jakoś niespecjalnie. Trasa była trudna i porównałabym ją nawet do Badlands, w Hiszpanii, zwłaszcza przy tym upale. No i w góry chyba trzeba zacząć brać MTB, po prostu.


Ślady z przejazdu na Ride With GPS:



Lipiec 24, 2025, autor: sylwia.qropatwa

Zerknij na inne wpisy na moim blogu!