Jura, bikepacking 2020

Plan był prosty: dzień pierwszy – dojazd z centrum Polski na Jurę, dzień drugi – Rowerowy Szlak Orlich Gniazd, dzień trzeci – przemierzanie naszych ulubionych, jurajskich trasach szosowych, dzień czwarty – powrót do domu. Do tego spanie w namiocie oraz jedzenie batoników i pizzy. Dziś, po kilku dniach od naszej przygody, mogę śmiało stwierdzić, że plan został wykonany!

Jura – dzień pierwszy


Wyznaczając trasę dojazdową do Złotego Potoku, bo to tam zdecydowaliśmy się spędzić pierwszą noc, staraliśmy się jak najbardziej omijać ruchliwe drogi. Trasa, którą wybraliśmy prowadziła przez małe miejscowości, kolorowo przybrane wstążkami z okazji Bożego Ciała, pod Elektrownią Bełchatów roztaczającą chmurę nad naszymi głowami, brzegiem zbiornika SŁOK i szlakiem rowerowym wzdłuż kanału łączącego SŁOK z Górą Kamieńsk. Dojeżdżając do skrzyżowania, przy którym rozpoczyna się podjazd na punkt widokowy zgodnie stwierdziliśmy, że tym razem darujemy sobie ten WSPANIAŁY podjazd i pojedziemy dalej.
Pogoda dopisywała, kilometry po naszej łódzkiej ziemi nieco zaczęły się dłużyć, a my z wyczekiwaniem zaczęliśmy rozglądać się za choć jednym otwartym sklepem lub stacją benzynową. Zaraz, zaraz, jaką stacją? Przecież wybraliśmy trasę omijającą główne drogi…

Burczenie w brzuchach udało nam się uciszyć pod jednym z mijanych kościołów, pod którym tradycyjnie spotkaliśmy mini-budkę z lodami. I chociaż lody nie wyglądały zachęcająco i za ich cenę moglibyśmy mieć porcję modnych ostatnio lodów naturalnych, były pyszne!

Kolejne kilometry mijały wolno, a my zaczęliśmy zastanawiać się, czy przypadkiem nie wypowiedzieliśmy kiedyś słów, że „Jura jest super, ale lepiej wsiąść w pociąg żeby nie tracić całego dnia na dojazd". Odrzuciliśmy to wspomnienie pocieszając się, że przecież jest pandemia i na rowerze bezpieczniej!

Im bliżej Częstochowy, tym teren robił się ciekawszy. w końcu udało nam się też znaleźć upragniony, otwarty sklep (pierwszy po przejechaniu 100 km), więc uzbrojeni w pełne bidony i najedzeni ciastkami, wjechaliśmy do województwo Śląskiego.
Tam zaczęły się schody, a dokładniej w Mstowie. Podjazd sięgający 12% świetnie przypomniał nam, czym jest wyżyna Krakowsko-Częstochowska.

Celem tego dnia było dojechanie do Zamku w Olsztynie, tam wskoczenie na Rowerowy Szlak Orlich Gniazd i dojechanie nim do Złotego Potoku. Tu muszę przyznać, że plany nieco uległy zmianie. Cały dzień spędzony na rowerze bez większego posiłku mocno osłabił nasze organizmy. Do tego niepewność, czy smażalnie w Złotym Potoku będą otwarte i uda nam się zjeść pstrąga w ramach kolacji i mamy gotowe fundamenty do porzucenia planu. Dorzućmy do tego zwątpienie na twarzy Pani pobierającej opłaty za wejście na teren zamku, spowodowane naszym pomysłem przejazdu polami i lasami trasy Olsztyn – Złoty Potok, i koniec – lecimy na pstrąga asfaltem! Prawie cały odcinek z górki!

Nieco ponad pół godziny później jesteśmy na miejscu. Zamawiamy upragnioną rybkę, rozbijamy namiot między drzewami i popijając jurajski życiodajny napój, odpoczywamy nad wodą.

Dla ciekawych, wrzucam ślad naszej trasy:

Jura – dzień drugi


Poranek w Złotym Potoku przywitał nas mgłą i ciszą. Zakładanie wilgotnych ubrań nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy, ale udało nam się w miarę szybko złożyć namiot, zapakować bagaże na rowery i wjechać na Rowerowy Szlak Orlich Gniazd.

Złoty Potok, w którym znajdują się Pałac Raczyńskich, Dworek Krasińskich, Staw Amerykan oraz wspomniana w poprzednim wpisie Pstrągarnia to drugi przystanek na szlaku. Jego początek znajduje się w Częstochowie przy dworcu PKP, a pierwszą atrakcją jest zamek w Olsztynie. My z czerwonymi oznaczeniami szlaku spotykamy się dopiero w okolicach 35 km i leśną ścieżką trafiamy prosto do jaskini o nazwie Grota Niedźwiedzia.

Bez bicia przyznaję, że dość szybko cel naszej wycieczki przybrał charakter czysto sportowy i zamiar zwiedzenia oraz zobaczenia wszystkich atrakcji szlaku przegrał z chęcią „umordowania się" pod górę, szybkich zjazdów w dół i dojechania do kolejnego punktu. Dlatego jeśli chcielibyście poczytać o bogactwach jednego z najstarszych szlaków rowerowych w Polsce, odsyłam do oficjalnej strony: Orle Gniazda. Ja z kolei chętnie podzielę się technicznymi wrażeniami z jazdy „czerwoną trasą" oraz widoczkami, które towarzyszyły nam po drodze.

Generalnie przez pierwsze 2/3 trasy byliśmy naprawdę mile zaskoczeni tym, jak wytyczony jest szlak. Przebiegając głównie równiutkimi asfaltami przez lasy i łąki, prowadził nas po malowniczych pagórkach od zamku do zamku. Nawet szutrowe i piaszczyste fragmenty oraz sztywne i krótkie podjazdy, które dawały nam popalić nie zmieniły naszego pozytywnego nastawienia.

Z turystycznego punktu widzenia, dużym plusem szlaku są poustawiane co jakiś czas miejsca biwakowe, a jego bardzo dobre oznakowanie sprawia, że naprawdę trzeba się postarać by z niego zjechać.

Nasze pozytywne nastawienie zaczęło się chwiać dopiero za miejscowością Golczowice, kiedy to szlak z drogi asfaltowej odbił na drogę leśną, która prowadziła pod górę i była kombinacją piachu, błota, kamieni i korzeni. Naprawdę nie mieliśmy nic przeciwko podjazdom, ani przeciwko leśnym ścieżkom, ani nawet kamieniom, ale pomieszanie tego wszystkiego w jedno, na naprawdę długim odcinku sprawiło, że na nasze usta non stop cisnęły się niecenzurowane słowa, a w myślach pojawiały marzenia o rzucaniu rowerem o skałę (na szczęście żadnej akurat tam nie było).

Teren, w który wjechaliśmy był świetną trasą na kolarską wyrypę, ale niekoniecznie na przejazd rowerami przełajowymi z bagażami, na oponkach o szerokości 42 mm i świadomością, że do domu jest jeszcze jakieś trzysta kilometrów.

Chciałabym powiedzieć, że sytuacja poprawiła się po dojechaniu do Olkusza, ale trasa za nim też nie należała do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych. Na szczęście nieco siły dodała nam pizza zjedzona na Olkuskim Starym Mieście i chociaż mieliśmy dość, nogi dały radę pojechać jeszcze kawałek po polnych singlach wzdłuż lasu i piaszczystych drogach leśnych.

Tak, jak nie chcieliśmy zaczynać szlaku w Częstochowie, tak samo nie chcieliśmy kończyć go w Krakowie, dlatego też planowaliśmy rozstać się z nim w okolicach lotniska Balice. Niestety stan szlaku w lesie przy zjeździe z Bukowej Góry do miejscowości Kamyk (połamane drzewa i gałęzie oraz grząski piasek) sprawił, że już w tym miejscu znaleźliśmy najkrótszą drogę wyjazdową z lasu i skierowaliśmy się nad zalew Kryspinów, gdzie miało czekać na nas otwarte pole namiotowe.

Mimo małych niedogodności i momentami ciężkiego terenu, jak najbardziej polecamy Rowerowy Szlak Orlich Gniazd. Dodamy tutaj tylko małe „ale". Polecamy, ale:
– lepiej bez bagażu,
– lepiej na góralu albo chociaż na szerszych oponach z bardziej terenowym bieżnikiem,
– lepiej na spokojnie zaplanować go sobie na dwa dni żeby bez obaw starczyło czasu na zwiedzanie, odpoczynek i podziwianie widoczków. 🙂

Kilometry, statystyki i nasz ślad znajdziecie tutaj:

Jura – dzień trzeci


Obudzeni ciepełkiem i promieniami słońca nie specjalnie spieszyliśmy się ze składaniem namiotu i pakowaniem sakw. Słowa zachęty właściciela pola namiotowego by zostać nad wodą, zamiast pchać się w tłumy, które zapowiadał w Ojcowskim PN były niesamowicie kuszące. Ostatecznie pozwoliliśmy sobie tylko na odrobinę relaksu i po godzince leżenia nad wodą, zaczęliśmy się zbierać.

Jakieś dwie minuty od wyjazdu czekał nas pierwszy postój – łatanie dętki. Najwidoczniej kiedy spaliśmy, nasze rowery zabawiały się gdzieś w igłach lub kolcach. 😉

Biorąc sobie do serca słowa o tłumach, postanowiliśmy zmienić planowaną trasę, która miała przebiegać bezpośrednio przez Ojcowski PN i skierowaliśmy się od razu na nasze ulubione szosowe trasy. Ten dzień miał być w stu procentach asfaltowy, jednak Google Maps, które miało wyprowadzić nas spod lotniska, uparcie prowadziło na drogi „rowerowe". Na szczęście po dojeździe do miejscowości Brzoskwinia, nasza znajomość tamtejszych dróg wystarczyła by ominąć szutry i piach.

Pogoda była iście wakacyjna, słońce świeciło, nie było wiatru i robiło się coraz upalniej, co odrobinę doskwierało na podjazdach. Nie narzekaliśmy jednak na warunki, ponieważ mieliśmy świadomość, że późnym popołudniem na pewno spotkamy się z burzą. Właśnie dlatego nasz plan kręcenia się po okolicznych pagórkach skróciliśmy do najciekawszych fragmentów. z Pisarów przejechaliśmy do miejscowości Dubie i stamtąd wzdłuż Doliny Szklarki podjechaliśmy aż do Jerzmanowic. Drogą krajową wróciliśmy kawałek w stronę Krakowa i skręciliśmy w prawo na Będkowice. Tam czekał nas szybki zjazd w dół, na którym planowaliśmy skręcić w prawo do Doliny Będkowskiej, ale rozpędzone bagażem rowery porwały nas kawałek dalej. Warto było jednak wrócić kawałek pod górę dla tej prędkości. 😉

Dolina Będkowska, w której ostatnio byliśmy poza sezonem, tętniła życiem. Słowa usłyszane rano sprawdziły się, ludzi było mnóstwo. Omijając rodziny z dziećmi, hulajnogi i rowerki, dojechaliśmy do Brandysówki, gdzie zjedliśmy wczesny obiad i ruszyliśmy dalej, tempem ślimaka ponownie podjeżdżając do Jerzmanowic (Polecam fragment spod skały Dupa Słonia do Łazów. Strava mówi, że nachylenie sięgało 15%, a ja momentami zastanawiałam się, czy dam radę wyprzedzić idących obok ludzi).

Kolejne tłumy ludzi spotkaliśmy w Ojcowie. Specjalnie zaplanowaliśmy trasę tak, by zjechać sobie fragmentem Ojców – Skała. Niestety samochody stojące na poboczu, które raz po raz wyjeżdżały, parkowały i zatrzymywały się oraz ludzie chodzący między tymi samochodami, popsuły nam zupełnie przyjemność tego zjazdu. Nawet droga wśród skał, prowadząca do Pieskowej Skały, nie wynagrodziła nam odebranej zabawy.

Zerkając niepewnie na prognozę pogody, zastanawialiśmy się, czy zdążymy rozłożyć namiot przed deszczem. Wstępnie założyliśmy, że dojedziemy do Pilicy i nad zalewem znajdziemy miejscówkę do spania. Kuszeni wizją polecanych zapiekanek i lokalnego złotego napoju, wskoczyliśmy na drogę wojewódzką nr 794 i bez wahania jechaliśmy przed siebie. Niestety im bliżej Pilicy byliśmy, tym poważniej wyglądały wiszące przed nami chmury. Gdy w oddali usłyszeliśmy pierwsze grzmoty, schowaliśmy suszące się na bagażniku skarpetki i gotowi na ulewę, jechaliśmy dalej.

Jak miło byliśmy zaskoczeni, kiedy po zjechaniu do Pilicy okazało się, że ulewa była, minęła, a w prognozach nie zapowiadali następnej. Korzystając z tego niespodziewanego przypływu szczęścia postanowiliśmy, że jedziemy dalej. Pizzeria oraz Miejsce Rekreacji i Wypoczynku w Lelowie brzmiały równie zachęcająco, co woda i zapiekanki w Pilicy, a zawsze zostanie 25 km mniej na kolejny dzień.

Pizza zjedzona w parku w Lelowie smakowała wyśmienicie! Odrobinę jednak rozczarowało nas wspomniane Miejsce Rekreacji i Wypoczynku, które w opisie wymienione miało pole namiotowe. Nie znaleźliśmy takowego i nasz namiot rozbiliśmy po mniej uczęszczanej stronie obiektu, gdzie niestety oprócz wędkarzy spotkaliśmy całe mnóstwo kleszczy. Doceniamy jednak, że w tak małej miejscowości ktoś zadał sobie trud i stworzył taki „mini MOSiR" dla mieszkańców oraz przyjezdnych. Żałowaliśmy jedynie, że nie mamy ze sobą kostiumów kąpielowych, bo woda była naprawdę ciepła i względnie czysta.

Zainteresowanych trasą odsyłam poniżej. Od miejscowości Brzoskwinia 100% stanowią asfalty. 🙂

Jura – dzień czwarty


Czwarty dzień naszej wyprawy to po prostu powrót do domu. Coraz niższe pagórki, coraz mniej ciekawe krajobrazy, a do tego pochmurna i chłodna atmosfera sprawiły, że skupiliśmy się na szybkim dotarciu do celu. Robiąc tylko jeden postój na fotki w mijanym polu pełnym maków i jeden na przekąskę oraz uzupełnienie bidonów w Radomsku, do domu dojechaliśmy w pięć godzin. a w zasadzie nie tyle do domu, co do… McDonalda w naszym mieście. Uznaliśmy, że należą nam się frytki, lody, burgery, shake i cola! i gdyby ktoś zaproponowałby nam po tym wszystkim pizzę, zjedlibyśmy ją bez wahania. 🙂

Spostrzeżenia i wnioski po wyprawie?
Nie patrzeć na pogodę, nie słuchać czarnowidzów tylko jechać, jeśli jest okazja. Jak widać po nas, może akurat uda się uniknąć ulewy, warto więc zaryzykować. 🙂

A co do samej Jury, piękna jak zawsze! Nie są to co prawda góry, ale mi osobiście te krótsze, sztywne podjazdy bardzo odpowiadają. Wystarczy dobrze poprowadzić trasę, a przewyższenia same się zrobią. w dodatku dojazd samochodem z centrum Polski to tylko jakieś 2-3 godziny? Bo właśnie! Warto przyjechać tutaj autem lub pociągiem żeby nie tracić dwóch dni na dojazd i powrót. 😉

Co polecamy przy okazji wizyty na Jurze?
– zjeść pstrąga w Złotym Potoku (tak są tam tłumy, ale warto!)
– spróbować piwa Jurajskie od Browaru na Jurze (szczególnie po rowerze polecam słodkie miodowe)
– na Rowerowy Szlak Orlich Gniazd wybrać się na góralu albo chociaż szerokich oponach z terenowym bieżnikiem
– odwiedzić Rynek Staromiejski w Olkuszu (jeśli już robić postój na jedzonko, to chociaż w ładnym miejscu, a przy okazji można tam zjeść na zewnątrz, nie spuszczając oczu z rowerów)
– jeśli ktoś planuje zwiedzać zamki przy okazji jazdy szlakiem OG, to polecam rozłożyć ten szlak na dwa dni
– pole namiotowe nad Zalewem Kryspinów (bardzo trudno znaleźć o nim jakieś informacje i generalnie warunki są słabe, ale jeśli tam utkniecie, to: jest łazienka, są prysznice, są toalety, teren pod namioty jest płaski, jest widok na jeziorko i obok jest karczma, a kawałek dalej pizzeria)
– przejechać się doliną Będkowską i zjeść pierogi w Brandysówce
– odwiedzić Zalew Pilica.

Cyferki, jak zawsze, znajdziecie tutaj:

Czerwiec 21, 2020, autor: sylwia.qropatwa

Zerknij na inne wpisy na moim blogu!