Wisła1200 2020 - dzień 2.
WISŁA1200 – dzień 2 – 334,06 km
Jak w skrócie określić drugi dzień moich zmagań w Rowerowym Maratonie WISŁA1200? Najprościej można by powiedzieć: krew, pot i łzy. Dodajmy do tego upał, Wisłę, płyty betonowe, chmary komarów oraz ból i mamy szybkie podsumowanie kolejnego dnia.
Przyszłym Wiślakom i być może uczestnikom innych kilkudniowych maratonów rowerowych, odradzam pomysł spania w hamaku. Rozkładanie go na szybko w nocy, gdy jest zimno i nie wiecie co jest czym, jest stratą czasu. Ja dodatkowo miałam też siatkę na komary, co zupełnie utrudniło mi rozwieszenie mojego noclegu i ostatecznie skończyło się na spaniu w śpiworze na stole. Spanie to też nie jest do końca trafne określenie, bo kiedy już spakowałam hamak i siatkę z powrotem do sakwy, ukryłam rower w rzepaku, przetarłam twarz chusteczkami, i uwaga, przebrałam się w piżamkę, byłam kompletnie rozbudzona. Co więcej, moje miejsce noclegowe było w zasadzie tuż przy drodze i cały czas słyszałam przejeżdżające samochody lub mijających mnie Wiślaków i myślałam sobie ej, oni jadą, a Ty udajesz, że śpisz. Do tego było mi strasznie zimno i w żaden sposób nie mogłam się rozgrzać.
Po jakichś trzydziestu minutach rozmyśleń i dygotania, wypakowałam się ze śpiwora, przebrałam z powrotem w ciuszki kolarskie i pojechałam dalej. Wszystkie te manewry zjadły mi pewnie jakieś 2-3 godziny. No ale trudno, błędy nowicjusza. Za to kiedy znów wsiadłam na rower byłam pewna, że to była świetna decyzja. Od razu zrobiło mi się ciepło, księżyc w pełni oświetlał drogę, nie było wiatru, a mi wcale nie chciało się spać. W takich warunkach niestraszny był mi nawet wał trawiasty i goniący mnie po nim pies. Nie żałuję również nocnego przejazdu przez urokliwe Zalipie, w którym pomimo ciemności, widziałam wystarczająco dużo pomalowanych domków, jak na moje artystyczne gusta.
Tuż przed zjazdem z tego wspaniałego, asfaltowego wału, w miejscowości Szczucin, wreszcie znalazłam punkt postojowy dla rowerzystów korzystających z Wiślanej Trasy Rowerowej i z tego co pamiętam, faktycznie był oświetlony, zadaszony i wyposażony w toaletę. Dla mnie już tej nocy nie było mowy o śnie, ale jeśli ktoś kiedyś będzie szukał takiego punktu, to potwierdzam, on istnieje właśnie w Szczucinie.
W tym samym zresztą miejscu, dojechał do mnie kolejny zawodnik, Krzysiek, z którym raz po raz spotykaliśmy się na trasie drugiego dnia. Najpierw jednak, oboje podjechaliśmy na pobliską stację benzynową z zamiarem odpoczynku i uzupełnienia kalorii. Koniec końców, na stacji zjechało się nas 5-6 osób i mój postój po raz kolejny się przeciągnął. Miło słuchało się doświadczonych w Wiśle zawodników, opowiadających o ich przygodach z tej i poprzednich edycji, ale w końcu zebrałam się, pożegnałam z resztą ekipy i sama ruszyłam przed siebie.
Słońce powoli wstawało i z każdą kolejną minutą coraz mniej żałowałam, że zdecydowałam się samotnie opuścić stację. Poranna mgła, choć osadzała rosę na dłoniach i rzęsach, urządziła piękny spektakl o wschodzie słońca. Nawet ścieżki po krzakach, chaszczach i błocie nie popsuły mi początku dnia, a bywały momenty, kiedy trasa prowadziła prosto w zarośla, w których nie widziałam żadnego wyjeżdżonego śladu.
Dobra, co by nie było aż tak słodko, to wspomnę jeszcze o porannej przejażdżce po wałach trawiastych, które były tak mokre od rosy, że moje buty płakały wodą, a stopy po kolejnym dniu jazdy w bagnie konkurowały z „siedzeniem” o miejsce pierwsze w kategorii odparzeń.
Przyszli Wiślacy! Koniecznie weźcie ze sobą wodoodporne ochraniacze na buty!
Po przygodzie z podchodzeniem, wiedziałam już jedno – w Sandomierzu, przed słynnymi Górami Pieprzowymi, wsadzam śpiwór, hamak i siatkę w paczkomat. Plan był, więc kolejny punkcik trzeba było zrealizować. Chwilę przed Sandomierzem ponownie zjechaliśmy się z Krzyśkiem. Umilając sobie jazdę pogawędką, trzymaliśmy dobre tempo i raz, dwa dojechaliśmy do miasta Ojca Mateusza. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od, oczywiście, stacji benzynowej, na której umyliśmy rowery, uzupełniliśmy bidony i pojedliśmy. Tam również nasze drogi się rozjechały, nie chciałam zabierać Krzyśkowi czasu na szukanie paczkomatu i wysyłanie paczki. Ale serdecznie mu dziękuję za przesmarowanie mojego łańcucha, który był suchy jak wiór!
A co do stacji benzynowej, czy wspominałam już, że po całym dniu jedzenia batoników i picia słodkich izotoników, moje podniebienie przestało tolerować wszystko z cukrem? Ratunkiem okazały się jogurty i hot dogi. To było moje paliwo na kolejne dni.
Sam Sandomierz był i został w tle. Starówka, jak starówka, kocie łby, jak kocie łby. Ojca Mateusza nie spotkałam, za to paczkę udało się dość szybko wysłać i wyjechać z miasta nad Wisłę. Tam spotkała mnie kolejna niespodzianka. Trasa prowadziła nas błotnistą, mokrą, lekko ukośną ścieżką tuż przy wodzie. Jasnym było, że w pewnym momencie po prostu ześlizgnęłam się w błotko razem z rowerem. Mokre buty były mokre od nowa, ja znowu zaczynałam mieć dość, a Pieprzowe były wciąż przede mną.
I w sumie nie były aż takie straszne. Te Pieprzowe znaczy. Owszem, podejście pod nie nie było miłe i nie było przyjemne. Było za to strome, mozolne i męczące. I nawet widoczek już nie cieszył, bo ile można na tą Wisłę patrzeć. Ale przynajmniej trwało to tylko kilkanaście minut, a na górze były wiśnie. Kwaśne, ale jakie soczyste!
Aż nie mogę uwierzyć w to, co tu zaraz napiszę, ale później były… asfalty! Wspaniałe drogi prowadzące między wiśniowymi sadami, lekko pagórkowate, idealne pod szosowy wypad. Wtedy po raz kolejny dopadł mnie Pan Kamerzysta i tym razem miałam siłę i nastrój by z nim rozmawiać. Wtedy też użarła mnie pszczoła/osa/inny owad, ale mam za swoje, mogłam nie żreć tyle tych wiśni. 😉
Co więcej pamiętam z drugiego dnia Wisły? Pamiętam płyty betonowe, bo to był zdecydowanie dzień płyt betonowych we wszystkich możliwych odsłonach. Pamiętam przesympatyczne PIT STOPY, na jednym z nich były nawet OWOCKI, a na kolejnym znów nasmarowali mi łańcuch!!! Pamiętam też oddalający się ode mnie Kazimierz Dolny, do którego jakoś nie mogłam dojechać, a miałam tam zjeść obiadek. I pamiętam UPAŁ, UPAŁ, UPAŁ. Drugi dzień był prawdziwie upalny, w dodatku na wałach nie było cienia i bardzo długo jechaliśmy w pełnym słońcu. Taka pogoda najbardziej doskwierała mi na przedpolach, a właściwie przedgórzach Kazimierza. Pagórki, po których pewnie większość uczestników wprowadzała rowery na górę, były przy tej temperaturze prawdziwą torturą. Zwłaszcza, że ja naprawdę z upragnieniem czekałam na ten Kazimierz, bo bidony robiły się puste… Gdzieś tam z przodu widziałam kogoś, kto wpychał rower na górę i ze złością zaczęłam wpychać swój. Kiedy na górze zobaczyłam restaurację, od razu zaniechałam plan zjedzenia obiadu na Rynku w Kazimierzu zwłaszcza, że spotkałam tam Krzyśka. Razem zjedliśmy obiad, odpoczęliśmy, ponarzekaliśmy na pogodę i ponownie rozdzieliśmy się by jechać dalej.
Tutaj poświęcę chwilę i bardzo NIE POLECĘ restauracji KOMISARIAT PIWNY, która znajduje się tam na górze. Rzadko czegoś nie polecam, ale Pan w tej miejscówce miał problem ze wszystkim. Zarówno z tym, że do drugiego dania chciałam domówić żurek, jak i z tym, że Krzyśiek poprosił o kawałek sreberka by wziąć pierogi na wynos. Później nasłuchaliśmy się też komentarzy na nasz temat (tacy brudni i do restauracji – dodam, że to była knajpa z parasolkami…, tacy niewychowani). Mogę śmiało powiedzieć, że ten Pan, to była jedyna niemiła dla mnie osoba na Wiśle.
Ponarzekane, przejdźmy dalej. A dalej był przejazd przez wąwóz, wprowadzanie/wjeżdżanie na ulicę Góry i sprowadzanie roweru na dół ścieżką dydaktyczną, która aktualnie była totalnie zniszczona… 🙁
Po sprowadzeniu roweru na dół, odwiedziłam pierwszy sklep i tam PRAWIE spotkaliśmy się z Krzyśkiem po raz kolejny. Prawie, bo akurat spał na zapleczu sklepu :). Pani ekspedientka widząc mnie, zapytała czy jestem z TEGO MARATONU i czy nie chcę się też przespać z tyłu, bo jeden kolega właśnie sobie śpi. To było bardzo miłe, ale podziękowałam i czym prędzej pojechałam dalej. Spieszyło mi się, bo zrobiłam sobie rezerwację na nocleg w agroturystyce oddalonej… wtedy wydawało mi się, że jakoś blisko, ale jak tak teraz patrzę, to oddalonej o jakieś 100 km od Kazimierza Dolnego. A z Kazimierza wyjechałam o godzinie 17:00. Teraz chce mi się śmiać, jak na to patrzę. Sto WIŚLANYCH kilometrów, gdy w nogach jest już tyle przejechane i upał w pełni? xD Ambitnie, nie powiem.
Z końcówki dnia, która była walką o dojazd do noclegu, nie mam zbyt wiele zdjęć. Możecie mi tylko uwierzyć na słowo, że stoczyłam wtedy solidną bitwę ze sobą i drogą, którą pokonywałam. Choć starałam się zrobić to najszybciej, jak mogłam, kilometry mijały wolno, a wszystko przez wały trawiaste, płyty betonowe, komary, ciemność, rozładowanego Garmina, rozładowane lampki… Nie wdając się w szczegóły, tego wieczoru/nocy przeżyłam pierwszą histerię na Wiśle, ale w końcu, w okolicach północy, ze łzami w oczach dojechałam do noclegu.
Tak bardzo, bardzo głupio było mi wtedy zdjąć buty w pokoju, po dwóch dniach jazdy w nich bez przerwy, mokrych, ubłoconych, w upale… Do tego tak trudno było cokolwiek zrobić ze zdrętwiałymi, trzęsącymi się palcami i zasnąć, kiedy organizm wciąż był w trybie SPORT. Ale udało się! Prysznic i łóżko były w zasięgu ręki!
Ostatecznie, spędziłam tego dnia na rowerze nieco ponad 18 godzin, przejechałam 334 km i nauczyłam się jechać samą głową, kiedy wszystko inne zawiodło.
Tutaj z kolei możecie zerknąć na mój ślad z drugiego dnia WISŁY1200:
Lipiec 20, 2020, autor: sylwia.qropatwa