RTPL 2023 - part 6

RTPL 2023 – PART 6 – 129,64 KM – 1 986 M W GÓRĘ

Kolejny rześki poranek tym razem wyjątkowo mi nie doskwierał - od samego wyjścia z hostelu czekał mnie podjazd, znaną mi dobrze, Salamandrą.

Kolejny rześki poranek tym razem wyjątkowo mi nie doskwierał - od samego wyjścia z hostelu czekał mnie podjazd, znaną mi dobrze, Salamandrą. Co prawda, nie zdarzyło mi się jeszcze podjeżdżać go o 3 nad ranem, ale było całkiem miło. Dopiero na zjeździe pogoda dała się we znaki. Temperatura spadła do sześciu stopni, mgła dalej się utrzymywała, a zjazd nie odpuszczał. Mimo zimowych rękawiczek, i tak cała się trzęsłam. Próbowałam zwalniać żeby było chociaż odrobinę cieplej, ale wtedy zaczęły gonić mnie psy, więc wróciłam do szybkiej jazdy. Zanim zdążyłam mrugnąć okiem, znowu byłam w Słowacji. I znowu chciało mi się spać, więc skusiłam się na krótką drzemkę na przystanku.

Zaczęło świtać. Gdy dojechałam do zalewu na Orawie było już na tyle jasno, że mogłam zatrzymać się na kilka zdjęć. W tym momencie już zupełnie się nie spieszyłam. Pozwoliłam sobie nawet ustawić telefon na samowyzwalacz i zrobić zdjęcie z rowerem na tle jeziora. Niespiesznie zjadłam batonika i słuchając audiobooka dojechałam do miejsca, gdzie wyjątkowo trudno było ominąć drogę krajową.

Pamiętam, że w tym miejscu na mapie bardzo kombinowałam i że track miał przeprowadzić mnie bardzo bocznymi drogami. Faktycznie, były bardzo boczne, ale ciekawe. Słowackie (i czeskie) mostki zdecydowanie mają swój urok. Były to jednak ostatnie takie mostki na tym wyjeździe, bo już po raz ostatni jechałam w stronę granicy polsko-słowackiej. Po tym łagodnym podjeździe na przejście graniczne Ujsoły - Novot, czekały mnie już tylko Beskidy i ich strome ścianki.

Nie przepadam za szosową jazdą po Beskidzie Śląskim. Bywa tam dla mnie za stromo, jak na moje szosowe przełożenia, zresztą! Przecież męczyłam się tutaj na starcie, zaledwie kilka dni wcześniej! Tak też było tym razem. Kilka pierwszych ścianek dzielnie podjechałam, ale gdy każda następna była dłuższa i stromsza, wróciłam do spacerowania. Byłam już totalnie zrezygnowana, ale wiedziałam też, że co by się nie stało, to dojadę/dojdę do mety. Na przedostatnim podjeździe znowu dogonił mnie Krzysiek. To z jednej strony dało mi nieco motywacji jednak z drugiej, kurczę, może gdybym się nieco sprężyła, to dojechałabym na metę przed nim. No nic, who cares. Wlekłam się dalej, aż do ostatniego podjazdu, z którym mam już nieco wspomnień. Podjazdu do schroniska pod Baranią Górą. Łagodny, wzdłuż Czarnej Wisełki. Jechałam go zimą po śniegu, latem na start Wisły1200, no i 5 dni wcześniej, na start Race Through Poland. Tym razem, smakował wyjątkowo dobrze. Jechałam niespiesznie i z uśmiechem na twarzy delektowałam się ostatnimi chwilami na rowerze w górach. Ostatnimi minutami bycia tu i teraz. Wyjęłam telefon i nagrałam parę wiadomości dla rodziny i znajomych, zrobiłam kilka zdjęć i odłączyłam się na ostatnie, stromsze metry. Na końcu podjazdu, droga robi się bardziej terenowa, więc zsiadłam z roweru i szłam. Pod schroniskiem czekał na mnie Piko i mój mąż. Wymieniliśmy uściski, uśmiechy, przyjęłam kilka gratulacji od innych zawodników i poszłam po ostatnią pieczątkę na mojej karcie brevetowej. Później zjadłam, wzięłam prysznic, porozmawiałam tu i tam i na króciutką chwilkę zagrzebałam się w śpiworze…

Satysfakcja, radość i ulga po ukończeniu tego wyścigu były ogromne. W końcu, było to moje drugie podejście i wcale nie było łatwe. Doskonale pamiętam jak bardzo chciałam zrezygnować już pierwszego dnia. Cieszę się, że tego nie zrobiłam i że dzięki temu, doświadczyłam tych pięciu dni, osiemnastu godzin i 46 minut najbardziej intensywnie jak tylko się da.

Ślad z przejazdu dostępny na Ride With GPS:



Grudzień 09, 2024, autor: sylwia.qropatwa

Zerknij na inne wpisy na moim blogu!