RTPL 2023 - part 5

RTPL 2023 – PART 5 – 201,04 KM – 3 638 M W GÓRĘ

Pobudka nie była łatwa, ale widząc, że Wojtka już nie ma, zmotywowałam się, pozbierałam i po chwili, jechałam dalej.

Dzień bardzo powoli budził się do życia, ale ja budziłam się jeszcze wolniej. Gdy łagodny podjazd zaczął robić się stromy, dogonił mnie Krzysiek. Wymieniliśmy kilka zdań i Krzysiek odjechał. Na końcu podjazdu zobaczyłam jeszcze jego rower stojący przy wiatce, pozazdrościłam miejscówki na drzemkę i ruszyłam w stronę Słowackiego Raju. Aura była bardzo mglista. Nie wiem dlaczego, ale wyobrażałam sobie, że jestem bardzo wysoko w górach i dookoła mnie są tylko połoniny. Nie wiem jak było w rzeczywistości, bo mgła przysłoniła wszystko na odległość większą niż 100 metrów.

Choć dzień powoli się budził, ja coraz bardziej chciałam zatrzymać się na drzemkę. Szukałam przystanków w mijanych wioskach, ale dochodziła godzina, o której wszyscy (głównie Romowie) jechali do pracy, więc nie czułam się zbyt komfortowo by zasnąć. Jechałam więc dalej, czekając aż (w końcu) droga zacznie prowadzić w dół. Miałam wrażenie, że cały czas jest pod górkę, chociaż na oko wydawało się płasko. I wreszcie, już w Słowackim Raju, track odbił na boczną, krętą drogę w dół. Zjazd był świetny, szybki, wąski, wzdłuż skał. W życiu nie spodziewałabym się tam samochodu, zwłaszcza tak rano, więc gdy nagle jakiś wyjechał na mnie zza zakrętu, bardzo szybko się obudziłam.

Po zjeździe, oczywiście przyszedł podjazd - w końcu jechałam w Tatry. Zaczęło się łagodnie, przez Romskie miasteczka. Było to doświadczenie mało przyjemne i chciałam jak najszybciej je zakończyć, ale skończyło mi się jedzenie i picie, więc w którymś z nich musiałam odwiedzić sklep. Byłam na tyle zmęczona, że po prostu zostawiłam rower pod wejściem i poszłam włóczyć się w poszukiwaniu śniadania.

Kalorie nieco podbudowały mi morale, widok na Słowację za mną oraz na Tatry w oddali, również. Szkoda tylko, że Słowaccy kierowcy nie chcieli współpracować i skutecznie zniechęcali do jazdy po tamtejszych drogach. Czułam, że jestem już na skraju moich możliwości. Od nocnej drzemki minęło 10 godzin, a ja czułam, że za mało jadłam, za mało piłam. Dlatego, gdy w końcu w Tatranskiej Poliance zjechałam na podjazd do Śląskiego Domu, nie miałam żadnych ambicji by cały ten podjazd podjechać. Miałam w końcu adidasy, mogłam iść. Zdzwoniłam się z mężem i udałam na spacer w górę, z rowerem pod pachą. Na bardziej płaskich odcinkach, kawałkiem podjeżdżałam, później znowu szłam. Do wsiądnięcia na rower zmobilizował mnie jeszcze wyścigowy fotograf, któremu sama zrobiłam kilka zdjęć i już po chwili, otworzył się przede mną przepiękny widok na Tatry. Wszystkie słabości, bóle i zmęczenie na chwile ustąpiły i cieszyłam się po prostu byciem w tym miejscu. Zanim weszłam do hotelu po pieczątkę i jedzonko, skorzystałam z okazji, że chmury rozwiały się i zrobiłam kilka zdjęć z cyklu “rower i widok”. W końcu, byłam w najwyższym punkcie wyścigu, na 1670 m n.p.m.

W hotelu było jak w innym świecie - elegancko, czysto, jedzenie było pyszne i ładnie podane. Zdobyłam pieczątkę, chwilę porozmawiałam z Antje, która dojechała na CP tuż po mnie i, nie mając nad tym kontroli, zdrzemnęłam się kilka minut. Kiedy się obudziłam, zerknęłam na mapę i zobaczyłam, że Krzysiek jest już prawie na górze. Wyszłam do niego żeby przybić piątkę i zrobić mu zdjęcie. Kilka minut później, zjeżdżałam już na dół. Kolejnym dużym przystankiem, miało być Zakopane. Nie sprawdzałam pogody zbyt dokładnie, ale nadchodzące chmury nie wróżyły nic dobrego. Nie miałam siły na moknięcie, generalnie na nic nie miałam siły. Długo rozważałam, co zrobić. Z Zakopanego do mety miałam już tylko 130 km, ale też około 2 tysiące metrów przewyższenia. Z nikim już się nie ścigałam, ale ciągle wierzyłam, że mogę dojechać szybciej, nie przekroczyć 5 dni i X godzin. Chwilę później, ta rozterka rozwiązała się sama.

Tuż przed dojazdem do polskiej stolicy Tatr, znów zrobiło się mgliście i zimno. Daleko przed sobą, zauważyłam rowerzystę i od razu pomyślałam, że może to ktoś od nas. I faktycznie, była to Patrycja, która wcześniej się wycofała i jechała teraz w stronę mety. Chwilę porozmawiałyśmy i odjechałam przed siebie, marząc o czymś ciepłym do zjedzenia i picia. Zatrzymałam się na pierwszej napotkanej stacji. Zamówiłam zapiekankę, herbatę i z ciekawości zerknęłam na ceny noclegów na bookingu. Widząc hostel w świetnej, jak na Zakopane, cenie szybko zdecydowałam, że go rezerwuję. W tym samym momencie zrobiło mi się jakoś lżej. Nie musiałam się już nigdzie spieszyć. Zrobiłam jeszcze tylko zakupy w żabce i pojechałam na nocleg. W ogóle nie przeszkadzało mi to, że musiałam zostawić rower na klatce schodowej, ani to, że Chinka-współlokatorka z pokoju była bardzo ciekawa tym co robię i zamiast iść spać, rozmawiałam z nią. Ważne, że jadłam gorącą zupę kalafiorową, wzięłam gorący prysznic, a jutro czekał mnie dojazd na metę. 🙂

Ślad z przejazdu dostępny na Ride With GPS:



Grudzień 07, 2024, autor: sylwia.qropatwa

Zerknij na inne wpisy na moim blogu!