RTPL 2023 - part 4
RTPL 2023 – PART 4 – 287,19 KM – 4 741 M W GÓRĘ
Gdy wyszłam z hotelu o północy, ulice i chodniki były mokre, a powietrze pachniało deszczem i świeżością. Było zupełnie pusto. Całkiem wyspana i wypoczęta popedałowałam w górę.
Z opisów odcinków specjalnych pamiętałam, że zbliżam się do rejonu, w którym mieszkają niedźwiedzie i chociaż do wjazdu na następny OS miałam jeszcze dobre kilkadziesiąt kilometrów, moja wyobraźnia robiła swoje. W każdym szmerze wyobrażałam sobie czyhające na mnie miśki. Dzięki temu przynajmniej nie chciało mi się spać, aż nagle… zaczęłam przysypiać. Próbowałam ratować się głośną muzyką w słuchawce, ale nic nie pomagało. Miałam wrażenie, że jadę na autopilocie i jakichś 20-30 kilometrów zupełnie nie pamiętam. Obudziłam się dopiero, gdy nagle zgubiłam track na garminie. Zatrzymałam się na poboczu i próbowałam zorientować się o co chodzi i dlaczego nagle jestem na krajówce. Okazało się, że przegapiłam zjazd, który miał pomóc mi ominąć krajówkę dosłownie na jakieś dwa kilometry, ale dzięki temu mogłam jechać nią kawałek dalej, wciąż mieszcząc się w limicie dwóch kilometrów (regulamin dopuszczał jazdę na słowackich krajówkach na odcinku do 2 km). Długo rozważałam, czy chce mi się wracać, czy może świadomie oleję sprawę i dostanę karę czasową w końcowych wynikach. Po dłuższych dyskusjach z samą sobą uznałam, że skoro jestem już tak daleko, a i tak przecież nie walczę o dobre miejsce, to dlaczego niby mam oszukiwać. Wyobraziłam sobie uczestników, którzy chodzą po okolicznych krzakach żeby ominąć tę drogę (to był ciężki fragment do przejechania bez użycia krajówki) i zawróciłam. Znalazłam przegapiony zjazd, który prowadził przez krzaki i dość wysoki nasyp kolejowy. Dałam znać Piko (dyrektor wyścigu) o swojej pomyłce i udostępniłam pinezkę z dokładnym miejscem pomyłki. Szczęśliwie okazało się, że po drugiej stronie torów kolejowych zaczyna się droga asfaltowa. Cieszyłam się, że jeżdżenie po krzakach i błocie zostało odroczone. Nie na długo. Dalszy fragment omijania tej samej drogi krajowej prowadził właśnie po błocie i łące z wysoką trawą. Po minionej burzy, wszystko było mokre, szosowe opony ślizgały się na błotnistej drodze pod górkę, a cała woda z krzaków i trawy lądowała na moich nogach i butach, mocząc je nie mniej, niż gdybym jechała w deszczu. Otuchy dodały mi ślady innych uczestników. Musiały to być ich ślady. Któż inny jechałby przez błoto i wysoką, mokrą trawę o 4 nad ranem?
Po wyjechaniu z krzaków, zaczęłam marzyć o śniadaniu i ciepłej kawie. Wokół robiło się coraz jaśniej, góry parowały tworząc magiczne krajobraz, a między chmurami pojawiało się niebieskie niebo. Zapowiadał się ładny dzień, ale zamiast cieszyć się z tego powodu, zaczynałam płakać z bólu. Stopy piekły już tak bardzo, że dalsza jazda stawała się niemożliwa. Postanowiłam, że dojadę do Zwolenia, tam zjem i zdecyduję co dalej.
Do miasta dojechałam po szóstej rano, otwarta była tylko stacja z dość ograniczonym wyborem zakupowym. Na szczęście, była kawa. Nie spieszyłam się z jej wypiciem, bo w trakcie studiowałam mapę. Musiałam zrobić coś ze stopami. Szybko wymyśliłam, że kupię nowe buty. Jedynym sklepem, w którym mogłam je kupić o tak wczesnej godzinie był Lidl, otwarty od 7.
Do Lidla dojechałam kilka minut przed otwarciem. Przed drzwiami stała już spora kolejka Romów. Gdy tylko drzwi się otworzyły, wszyscy ruszyli w stronę wypieków. Ja dla odmiany, ruszyłam w poszukiwaniu nowych butów. Jedynymi, które w miarę się nadawały, były męskie adidasy w rozmiarze 42. To trzy rozmiary za dużo, ale nie było źle. Wzięłam buty, kilka bułek słodkich i ruszyłam do kasy.
Trzeci parcour był dokładnie taki, jaki miał być – wąskie i puste asfalty, łagodne podjazdy, lasy, brak cywilizacji. Było pięknie. Z lekkim niepokojem i ekscytacją jednocześnie, wypatrywałam niedźwiedzi. Widziałam w relacjach innych uczestników, że kilka spotkać z miśkami faktycznie się zdarzyło. Pozostawałam więc czujna i przeszukiwałam okolicę niczym na grzybobraniu jesienią.
Przez chwilę miałam przyjemność porozmawiać z innymi uczestnikami. Tak się przytrafiło, że zjechaliśmy się we trójkę na jednym z podjazdów i przez jakieś pół godziny, jechaliśmy obok siebie, opowiadając o minionych przygodach. Gdy znów zostałam sama, byłam oczarowana przyrodą wokół mnie. Soczyście zielona trawa, jaskrawe drzewa liściaste rosnące pomiędzy ciemnymi, iglastymi. Falujące polany i chmury przepływające po tym wszystkim. To był zdecydowanie jeden z najpiękniejszych fragmentów trasy. Było tak magicznie, że nieco zapomniałam się na zjeździe i za szybko puściłam się w dół po płytach betonowych. Dobicie dętki wisiało w powietrzu i w końcu się wydarzyło – "snake" w przednim kole. Szybka zmiana, pompowanie i zjeżdżam dalej. Nieco ostrożniej.
Finałowy podjazd tego odcinka był coraz bliżej, w oddali ciemniały chmury. Dzień jednak nie był słoneczny, niebo straszyło ulewą. Między jednym oberwaniem chmury, a drugim ponownie zjechaliśmy się z Wojtkiem, z którym minęliśmy się już wcześniej raz czy dwa. Chwilę porozmawialiśmy i znów każde z nas pojechało swoim tempem. Niedługo potem, z zawziętością podjechałam cały podjazd do punktu kontrolnego i zdobyłam trzecią pieczątkę. Szybko zjechałam na dół, ponieważ sklepik na górze nie obsługiwał płatności kartą, a ja miałam pusto w bidonach i pusto w żołądku.
Na dole zwolniłam odrobinę by podziwiać jezioro i odbiłam nieco z kursu do miasteczka Hrinova. Głodna, zmęczona i spragniona zaczęłam szukać czegokolwiek, co mogłoby mi pomóc. Weszłam na stację, tylko po to by z nieznanych powodów z niej wyjść i pojechać dalej. Weszłam do restauracji z kebabem, ale z niej również wyszłam, bo nie mieli nic wegetariańskiego oprócz frytek i przyjmowali tylko płatność gotówką. Szukałam bankomatu, ale nie znalazłam. Nieco dalej znalazłam za to dość spory market. Bez chwili zastanowienia, zostawiłam rower pod sklepem, weszłam do środka i… oszalałam. Kupiłam wszystko – od kofoli i czipsów, po serek topiony, bułkę, pastę jajeczną, czekotubkę, paluszki i bułkę słodką… Rozsiadłam się z tym wszystkim na placu w centrum miasteczka i w pełnym słońcu odpoczywałam, jedząc i nadrabiając zaległości w telefonie.
W planach na najbliższą noc miałam krótką drzemkę gdzieś przy trasie, ale ogólnie planowałam jechać. Po krótkim odpoczynku, spakowałam resztki zakupów do toreb i ruszyłam. Czekał mnie podjazd, długi zjazd, a później góra, dół, góra, dół i tak dalej, w stronę Słowackiego Raju i Tatr!
Droga, którą wyznaczyłam prowadziła przez mniejsze, słowackie miasteczka zamieszkane głównie przez ludność romską. Przyznaję, że czułam się tam nieco nieswojo, zwłaszcza gdy kilka razy mijał mnie ten sam golf, jadący na pełnym gazie raz w jedną, raz w drugą stronę. Na szczęście mniej więcej wtedy, spotkałam Antje. Najpierw widziałam ją z daleka, później minęłam, gdy zatrzymała się w sklepie, kilka kilometrów dalej to ona minęła mnie, gdy zatrzymałam się by zdjąć kurtkę i tak parę razy. W końcu, nasze tempo się zrównało i zaczęłyśmy rozmawiać. Opowiadałyśmy sobie o przygodach w wyścigu, doświadczeniach, planach na nockę. Co jakiś czas, przerywałyśmy rozmowę, bo na zjazdach ja odjeżdżałam, z kolei na podjazdach, zostawałam lekko w tyle. W końcu nasze drogi się rozeszły, bo Antje zjechała na zarezerwowany nocleg, a ja jechałam dalej. Obie niepewne nadchodzącej nocy (ja ławki w spokojnym miejscu, Ona gospodarza, z którym nie było kontaktu), życzyłyśmy sobie powodzenia i ruszyłyśmy osobnymi drogami w nadchodzący zmrok.
Tego dnia dość szybko zrobiło się ciemno, bo na niebie wisiały chmury. Robiło się zimno, okolica była nieciekawa, a mi kończyło się jedzenie i picie. Byłam też mocno zmęczona, więc zaczęłam szukać noclegu, ale nic przede mną nie było. Liczyłam też na sklep i spieszyłam się żeby dojechać do niego przed zamknięciem, lecz to co było w Google maps, nie istniało w rzeczywistości. Zatrzymałam się w jednym z większych miasteczek żeby dokładniej przejrzeć mapę, ale będąc wśród (delikatnie mówiąc) obdrapanych i źle wyglądających budynków, zamieszkałych przez Cyganów, na dźwięki wielkiej awantury i szczekania psa tuż obok mnie, szybko wsiadłam na rower i pojechałam dalej. Nie czułam się tam zbyt bezpiecznie i nie mając możliwości na cokolwiek, mogłam jedynie jechać przed siebie.
Rozglądałam się za ławką na uboczu, dzwoniłam do kilku zamkniętych "hoteli" z google maps, ale nikt nie odbierał. Do kilku podjechałam, ale było już po dwudziestej, wszędzie pozamykane. W końcu zobaczyłam przed sobą migające czerwone światełko – to na pewno inny uczestnik RTP. Kawałek dalej zobaczyłam… rozświetloną, nową stację paliw! Dojechaliśmy do niej dosłownie kilkanaście minut przed zamknięciem, a ja czułam się uratowana! Szybkie zakupy, kawa, jedzonko, toaleta, odświeżenie. Gdy wyszliśmy ze stacji, dojechał do nas Wojtek, niestety nie zdążył przed zamknięciem, ale Pan ze stacji napełnił mu chociaż bidony wodą. Chwilę porozmawialiśmy, wymieniliśmy się niemiłymi doświadczeniami z przejazdu przez romskie miasteczka i uznaliśmy, że będzie bezpieczniej, jeśli wspólnie poszukamy miejsca na drzemkę. Znaleźliśmy takie, kilka kilometrów dalej. Na placu w centrum miasteczka Revuca – kilka ławek obok siebie, idealnie!
Było dość zimno, ale wcisnęłam się w swój puchowy śpiwór, założyłam na siebie co miałam i, lekko się trzęsąc, zasnęłam na kilkanaście minut. Za sobą miałam solidną górską przeprawę z rekordową dla mnie ilością przewyższeń. Jutro czekała mnie kolejna.
Ślad z przejazdu dostępny na Ride With GPS:
Grudzień 05, 2024, autor: sylwia.qropatwa



























